Polski English
wyprawy podróże

Laos

Jacek Pałkiewicz i podróż do Laosu

WYPRAWY, PODRÓŻE I EKSPEDYCJE JACKA PAŁKIEWICZA
Jacek Pałkiewicz • Oficjalna strona podróżnika

Laos

Podróż do Laosu.

Rok podróży: 2009

Autor: Jacek Pałkiewicz
Strona
1/2

Mieszkający długo w Bangkoku włoski dziennikarz Tiziano Terzani powiadał, że Luang Prabang to nie miejsce geograficzne odmiennego, nieznanego świata, a stan duszy. To klejnot ze śladami francuskiej przeszłości kolonialnej, miasto dla "koneserów", umiejących docenić niepowtarzalny egzotyczny duch południowo-wschodniej Azji i przesiąkniętą religią atmosferę, którą w XXI wieku coraz trudniej jest znaleźć. "Miasto wymaga respektu – zauważa z uśmiechem Mr. Phouthasack, właściciel jednego z licznych antykwariatów, które wyrosły tu w ostatnich dziesięciu latach -, powinno się na nie spoglądać jak na wytworną i wyniosłą kobietę, która nie jest gotowa oddać się wszystkim". Pan Phouthasack ma rację: Luang Prabang nie jest przeznaczone dla masowej turystyki.

Niewiele zmieniło się od czasu mojej ostatniej wizyty przed dziesięcioma laty. Miasto wciąż pozostaje jednym z najbardziej romantycznych i niezwykłych miejsc Indochin, ostatnim zakątkiem dziewiętnastowiecznej Azji, tak bliskiej sercu Josepha Conrada czy Rudyarda Kiplinga. Azji, która wydawało się, że już dawno nie istnieje. Przybysza uderza atmosfera nieuchwytnej melancholii, aromat kadzideł, zapach opium płynący z nielegalnej palarni, oraz czar idyllicznego pejzażu jakby żywcem wyjętego z dawnych sztychów. Zachwycają stupy skąpane o świcie w różowej poświacie, złote kopuły pagod połyskujące w świetle księżyca, czy też codzienny spektakl uroczystego szyku mnichów, którym ludzie ofiarowują garstkę ryżu. Obrazy te inspirowały Somerseta Maughama, który pisał, że widok pagody podnosi go na duchu "niczym nagła nadzieja w mrocznej nocy duszy". Kipling zaś mówił o tych świątyniach jako o "przepięknym, migotliwym, błyszczącym w słońcu cudzie".

To jedna z wielu urokliwych scen, które można podziwiać w 25 tysięcznej mieścinie o chlubnej i zaszczytnej przeszłości. Jej główne postacie wydają się być zjawami, kiedy wynurzają się z wilgotnych oparów podnoszących się z wód legendarnego Mekongu. Każdego dnia w blasku poranka, przy pierwszych donośnych pianiach kogutów, mnisi buddyjscy otuleni w jaskrawo pomarańczowe szaty opuszczają mury trzydziestudwóch klasztorów rozsianych w mieście. Przechodzą ustaloną trasą, poruszając się gęsiego z gracją i na bosaka w długim uroczystym szyku. W milczącej procesji zbierają od wiernych oczekujących na kolanach przed swoimi domami ofiarę w postaci garstki gotowanego ryżu, owoców, galaretowatych ciastek i innych artykułów spożywczych. Wierzy się, że spełnienie dobrego uczynku zaprocentuje każdemu lepszym losem. Tradycyjnie już od XIV wieku w Laosie prawie każdy młodzieniec trafia do klasztoru, w którym przebywa przynajmniej kilka miesięcy. Może też tam spędzić i lata, wtedy zdobędzie wykształcenie na zapewnienie którego nie stać byłoby rodziców. Warunki bytowe są krańcowo spartańskie, mnisi nie mają bieżącej wody, posiłki spożywają tylko dwa razy dziennie i tylko to co się otrzymają od ludzi. Czas spędzają na kontemplacji, nauce i przy pracach porządkowych w świątyni. Pozbawieni rozrywek, muszą przestrzegać aż 227 najróżniejszych przykazań.

Od wielu wieków była stolicą państwa laotańskiego, nazywanego Królestwem Miliona Słoni. Kraj "odkryty" w 1867 roku przez eksploratorów francuskich znalazł się wkrótce w strefie zainteresowania Paryża, aby później stać się jej kolonią. Dostały się jej w spadku okazałe XVI wieczne budowle sakralne. Wśród nich wytapetowana złotem i drogocennymi kamieniami Wat Xiang Thong, Pałac Królewski, zamieniony dziś na muzeum, stupy w kształcie dzwonów ze spadzistymi dachami i strzelistymi zdobnymi iglicami, lub nęcące oczy, dominujące nad miastem wzgórze Phou Si, goszczącym liczne posągi Buddy.

W zamian, kraj znad Sekwany pragnął opromienić złotym blaskiem swojej kultury ciemne zakątki globu. Rozpropagował tu język Woltera, katolicyzm i kawiarnie, nauczył Laotańczyków piec ciasto francuskie.

Ze wzgórza Phou Si roztacza się w całej okazałości panorama miasta leżącego na półwyspie stworzonym przez Mekong i wpadającą do niego Nam Khan. Stąd też fotografuję bajeczny zachód słońca zalewający niebo magicznym blaskiem złota różnych odcieni, jeden z najpiękniejszych jakie widziałem.

Do obowiązkowego programu wieczornego wchodzi wizyta kolorowego targowiska na zamkniętej o tej porze dla ruchu kołowego centralnej ulicy miasta. Napotkane dwie przemiłe panie z Wrocławia nie kryją zadowolenia z shopingu. Z entuzjazmem pokazują zawartość wyładowanej torby. Czego tam nie ma: tkany ręcznie gobelin, jedwabny szal, misternie wykonane srebrne ozdoby, wyroby lokalnego rzemiosła, pamiątkowe koszulki, a nawet ceramiczna fajka do palenia opium.

Resztę wieczoru spędzamy na wspólnej uczcie na świeżym powietrzu nad Mekongiem. Próbujemy laotańskich przysmaków, laap, czyli zmieloną rybę wymieszaną z sokiem z limonek, czosnkiem, kolendrą i liśćmi mięty, pyszne sajgonki, zupę o słodkokwaśnym smaku z kurczakiem, rybę upieczoną na ruszcie i przyrządzoną ze świeżym imbirem, różne rodzaje makaronów, gęstą potrawkę z warzyw z dodatkiem chili, suszone wodorosty i mnóstwo aromatycznych przypraw. Moje nowe znajome nie odmawiają cieszącego się powodzeniem, łagodnego i doskonałego smakowo lao beer.

Nocleg mam zapewniony w starym kolonialnym skrzydle Hotelu Villa Santi położonym w historycznym centrum miasta, parę kroków od Pałacu Królewskiego. Przestronny pokój z dużym łóżkiem pod baldachimem, osłonięty moskitierą, wysoki sufit i obracające się powoli skrzydło sufitowego wentylatora podkreślają kolonialną atmosferę Orientu, wyjętą ze stronic książek Conrada. Uroku dopełnia piękny, starannie utrzymany ogród, tamaryndowce, cenione ze względu na swoją piękną żółtoczerwoną barwę drzewa i świeży zapach egzotycznych frangipani, docierający przez okno zabezpieczone drobną siatką.

Korzystam ze znajdującego się na miejscu spa. Jeszcze kilka lat temu mało kto wiedział co to znaczy. Dzisiaj te wszechobecne we wszystkich wielkich sieciach hotelowych sanktuaria odnowy biologicznej, nic innego jak globalne określenie dobrze znanego nam uzdrowiska, przyciągają uwagę zabiegami pielęgnacyjnymi czy relaksem w wodach jacuzzi. Termin spa jest akronimem, słowem utworzonym przez skrócenie łacińskiego "salus per aqua" (zdrowie dzięki wodzie), - wodzie której rzymscy legioniści przypisywali moc gojącą rany. Ktoś porównał spa do tytana biznesu żywnościowego jakim jest McDonald´s, który zdobył rekordową popularność dzięki praniu mózgów swoich pracowników i niezwykle skuteczną reklamą na międzynarodowym rynku.

Filozofia SPA zakłada, że woda może uspokoić lub pobudzić do działania, zaś nawilżające kosmetyki ujędrniają i wyszczuplają figurę. Spa, która zawarła ścisły pakt z medycyną, coraz częściej szafuje nazwami "medyczny, biologiczny" z powodzeniem propagując masaż czy maseczkę odżywczą jako całokształt miłej chirurgicznej operacji estetycznej. Ekskluzywność centrum opiera się na elementarnej zasadzie: traktować klienta jak księcia, pogrążając go łagodnie w najwyższym dobrze jakie stanowi przyjemność i rozkosz. Oczywiście za odpowiednią ceną.

Spa to także cała gama masaży relaksujących zmęczone ciało i kojących zmysły. W Villa Santi proponują klasyczny masaż tajski polegający na uciskaniu, naciąganiu oraz masowaniu wszystkich mięśni i stawów. Dwudziestodwuletnia Thaile, która zarabia tutaj na studia, chce wiedzieć, czy ma to robić łagodnie lub mocno. Wybieram pierwszy wariant. Dziewczyna zaczyna od miękkiego głaskania, jej dłonie delikatnie ślizgają się po powierzchni skóry, następnie płynnie rozcierają miejsce w którym mięśnie przechodzą w ścięgna. Jestem usatysfakcjonowany, bo zabieg wykonany w kameralnej atmosferze, przy orientalnej dyskretnej muzyce, stonowanym świetle i intrygującej woni kadzidełek orzeźwiających zmysły, zapewnił duży komfort psychofizyczny.

1 2

Jacek Pałkiewicz i podróż do Laosu 1 Jacek Pałkiewicz i podróż do Laosu 2

ZDJĘCIA PODRÓŻY

Jacek Pałkiewicz i podróż do Laosu 3
 4
Jacek Pałkiewicz i podróż do Laosu 5

INNE WYPRAWY I PODRÓŻE

Jacek Pałkiewicz i samotna przeprawa przez Atlantyk w szalupie ratunkowej

Samotnie przez Atlantyk (1975)

Więcej o wyprawie

Jacek Pałkiewicz i podróż na wyspę Wielka Diomeda

Wielka Diomeda (1999)

Więcej o podróży

Jacek Pałkiewicz w zatoce Ha Long

Zatoka Ha Long (1995)

Więcej o podróży