Pałkiewicz

Jacek Pałkiewicz

PolskiEnglish

Start » Ekspedycje » Pustynia Kara Kum - część 3

Pustynia Kara Kum III

Czarne piaski Kara Kum - Turkmenistan

Rok wyprawy: 1989

Część 3/3

euroazja
Kara Kum galeria

Aby ulżyć naszym zwierzętom, długie odcinki drogi pokonujemy pieszo, wykorzystując często cień rzucany przez karawanę. W pewnej chwili wielbłądy przyspieszają krok, pojawia się ubity grunt, kupki łajna. Z pewnością znajdujemy się w pobliżu wody. Rzeczywiście, w wąskiej rozpadlinie natrafiamy na studnię głęboką na trzy metry. Rozsądek mówi, by dokonać sterylizacji wody przy pomocy pastylek Micropur bądź Amuchiny, jednak nasze pragnienie dochodzi do granic wytrzymałości, nic więc dziwnego, że rzucamy się na nią jak zwierzęta i pijemy łapczywie. Woda jest słonawa, ma muliste zabarwienie i obrzydliwie śmierdzi, ale któż by w takim momencie zwracał uwagę na drobiazgi.

Jest już późny wieczór i oczywiście urządzamy obozowisko. Rozjuczamy zwierzęta i napełniamy bukłaki wodą. Herbata, a później makaron i mięso z puszki stanowią wykwintną kolację. Po upale już dawno nie ma śladu. Ziemia szybko wyparowuje swoje ciepło i błogie uczucie chłodu przywraca wszystkim siły i chęć do życia.

Stopniowo chłód przechodzi w wyraźne zimno i trzeba w końcu wcisnąć się w śpiwór. Batyr opowiada, że cztery lata temu w Kara-Kum w uszkodzonym samochodzie zginęło dwóch nafciarzy i ich kierowca. Zdarzyło się to w pełni zimy, przy temperaturze –30°C i na dodatek w czasie polarnego wiatru z Syberii. Nieszczęśnicy zamarzli po czterdziestu ośmiu godzinach wyczekiwania na pomoc.

Pałkiewicz pustynia Kara Kum 9
Pałkiewicz pustynia Kara Kum 10

Przed godziną 6:00 horyzont jaśnieje, pojawia się słońce, które zabarwia całą okolicę gamą płomiennych kolorów. W trzy godziny później ponownie skwar leje się z nieba. Daleko na horyzoncie pojawia się ciemna plama. Trudno określić, jak daleko, bo odległości na pustyni są zwykle bardzo złudne i często wydają się nawet trzy razy mniejsze niż w rzeczywistości. Wkrótce rozpoznać można długą karawanę, która w nienagannym szyku mozolnie przedziera się przez wydmy, przecinając nasz kierunek. Mężczyźni, pełni dumnej skromności, wyglądają jak siedzące bez ruchu mumie z twarzami bez wyrazu, na których widać jednak nieludzkie zmęczenie. Ich wzrok jest przytępiony i niewzruszony. Częstujemy ich papierosami, wymieniamy kilka towarzyskich zwrotów i rozchodzimy się w różne strony.

Przed zachodem słońca osiągamy oazę Jerbent. Kilku mężczyzn wypoczywa w cieniu jurty, dwie kobiety wyciągają wodę z głębokiej studni. Nasz przyjazd mąci spokój tej społeczności. Gość jest w tych stronach świętością i ten, który przybywa po długich trudach drogi może liczyć na życzliwą gościnność. Dynia, najstarsza córka gospodarza, napełnia nam kubki “ciau", chłodnym fermentowanym mlekiem wielbłądzim o smaku kwaśnogorzkim, które doskonale gasi pragnienie i jest całkiem smaczne. Wkrótce na miękkim dywaniku zastępującym stół pojawia się zupa z mięsa baraniego, w której moczymy podpłomyki. Pan domu opowiada o nieszczęściach swojego życia, o trójce dzieci zmarłych podczas epidemii i o jedynym bogactwie tej oazy, czyli wodzie, której nigdy tu nie brakuje.

Znaleźliśmy się w innej cywilizacji, dużo bliższej czasom Marco Polo niż rokowi dwutysięcznemu — w świecie, gdzie obowiązują wartości, o których mieszkańcy Europy już dawno zapomnieli. Za dwa dni będziemy w Aszchabadzie, a dzień później w Starej Europie. Wkrótce nadejdzie odczucie, ze nasza przygoda w Kara-Kum była tylko jakimś snem na jawie.


facebook google+ pinterest twitter youtube

©2017 Jacek Pałkiewicz