Pałkiewicz

Jacek Pałkiewicz

PolskiEnglish

Start » Ekspedycje » Biegun Zimna - część 5

Biegun Zimna V

Jacek Palkiewicz wyprawa na Biegun Zimna (Ojmiakon - Rosja)

Rok wyprawy: 1989

Część 5/5

euroazja
Biegun Zimna zdjęcia

Podczas krótkiego postoju Roberto pyta mnie: "Jack, jak się czujesz?". "Jak zwykle, doskonale" - ucinam krótko. "I nie jest ci zimno?" - nalega. "Przy temperaturze minus 53 stopni chcesz, żeby było mi ciepło?!". Wszyscy śmieją się z mojej dowcipnej odpowiedzi.

Nasza podróż ma się już ku końcowi. Zjeżdżając w wąską dolinę natrafiamy na drogę przetartą przez pojazdy mechaniczne. W powietrzu unosi się wyraźny zapach benzyny i smarów olejowych, znak, że wracamy do świata cywilizacji.

Późnym wieczorem wjeżdżamy do Ojmiakonu i pod pomnikiem Polius chołoda świętujemy zakończenie wielkiej przygody. Wszystkich nas ogarnia uczucie radości, u niektórych pojawiają się w oczach łzy, wynik nagromadzonego długimi dniami napięcia psychicznego.

Pałkiewicz Biegun Zimna 9
Pałkiewicz Biegun Zimna 10

Zmęczenie, niewygody chwile strachu, wszystko to nakłada się w coraz większym stopniu na naszą psychikę. Pośród głębokiej nocy słyszę przerażający krzyk Igora, który woła o pomoc. Okazuje się, że śniła mu się zmora wczorajszego dnia, kiedy spadł z ostatnich sań i nie zdążył już dogonić konwoju. Nikt na początku nie zauważył jego nieobecności i dopiero po kilku godzinach wróciliśmy z Andriejem do miejsca wypadku. Bez szuby, która została w konwoju, ostatkiem już sił brnął w głębokim śniegu. Na pytanie, jak się czuje, odpowiedział słabym głosem "niczewo", wszystko dobrze, jest jego stałym zwrotem w każdej sytuacji. Nocą jednak przeżywał te dramatyczne chwile.

Następnego dnia władze partyjne organizują święto na naszą cześć, kwiaty, dużo ważnych przemówień i wreszcie uczta przy stole zastawionym smakołykami, od których zupełnie się już odzwyczailiśmy. Nie brakuje też oczywiście mocniejszych trunków. Po obfitym obiedzie zawożą nas do bani, typowej sauny syberyjskiej, gdzie pozostajemy aż do wieczora.

Kiedy po powrocie do Moskwy, odprowadził mnie na lotnisko, rzucił jakby od niechcenia: "Wszystko mamy już za nami. Każdy z nas powróci na swoją stronę życiową, zapomni o tych chwilach, kiedy życie jednego z nas często leżało w rękach kompanów". Zapewniam cię, Igor, że przyjaźń zrodzona w takich warunkach pozostaje na całe życie i będę ogromnie rad, jeśli nadarzy się jeszcze okazja do kolejnej wspólnej eskapady.

Po kolacji spotkanie w Domu Kultury z miejscową społecznością. Zarzucają nas pytaniami. Sporo przyjemności sprawia nam fakt, że wiele osób wyraża dla nas szczere uznanie za pomyślne zakończenie pierwszej w Syberii ekspedycji tradycyjnym dla tych stron środkiem transportu.

Tak, jestem bardzo zadowolony z atmosfery, która panuje w naszej grupie. Roberto, Nicola i Graziano znają chyba nie więcej niż sto słów rosyjskich, ale nigdy nie zdarzyło się, aby nieznajomość języka stworzyła jakąś niebezpieczną sytuację. Jest to dowód, że w tajdze liczy się bardziej zaufanie i przyjaźń, a nie puste słowa.

Organizatorzy mają dla nas dużą niespodziankę. Dwie dziewczyny w strojach regionalnych wnoszą na salę ogromną kość mamucią z wyrzeźbioną na niej historią naszej podróży. Okazało się, że trzech jakuckich artystów pracowało nad nią dzień i noc przez trzy tygodnie. Podarek godny jest każdego liczącego się w świecie muzeum.

Po raz nie wiem już który wpadam w pułapkę kartograficzną. Nasza mapa nie jest zbyt dokładna, na 1 centymetrze jest aż 20 kilometrów terenu i w związku z tym nie można oczekiwać zbyt wielu informacji przydatnych dla orientacji. Ale i tak otrzymałem ją w sekrecie od jakuckiego dziennikarza, który ściął prawy górny róg, gdzie widniała pieczątka "Tajne, wyłącznie do użytku służbowego". Pomimo to publikacja nafaszerowana jest dużą ilością subtelnych niedokładności, które są w stanie wprowadzić w błąd każdego, kto nie zna starej zasady rosyjskiego kontrwywiadu.

Ze ściśniętym sercem żegnamy się z Dimą i Andriejem, którzy wracają do swoich stad. Sława i Igor lecą z nami do Moskwy i jesteśmy jeszcze razem przez osiem godzin. Na stołecznym lotnisku wpadamy sobie w objęcia. W tej trudnej chwili rozstania chciałbym wyrazić głębokie uznanie dla ich nadzwyczajnej postawy, ale łapię się na tym, że brak mi jest właściwych słów.

Kto wie, kiedy się jeszcze zobaczymy. Jeszcze jeden silny uścisk i "doswidanija", do widzenia Igor i Sława. Do następnego razu. Nawet jeśli ten następny raz, być może będzie za rok, za dziesięć lat, a może nawet nigdy...

Interesuje mnie świat miejscowych pasterzy. Dima i Andriej są Tungusami i prowadzą koczowniczy tryb życia. "Kochamy nasze zajęcie - mówi Dima - tak jak kochamy wolność, bezkresną jak horyzont, polowanie, dziką przyrodę, która nas otacza. Władza sowiecka robiła wszystko, aby zwalczyć koczownictwo, większość uległa naciskom i osiedliła się na stałe, zapomniała o wierze animistycznej, kulcie przodków, ognia i zwierząt. Zwykle są zatrudniani przy pracach nie wymagających wysokich kwalifikacji, które nie dają żadnej satysfakcji. Zatracili odrębność narodową, język, obyczaje".

Nawet jeśli nigdy przedtem nie znałem Sybiraków, zawsze miałem dla nich duży respekt. Potem, w trakcie wojaży po tej ziemi, miałem okazję poznać ich z bliska, z wieloma łączy mnie dziś głęboka przyjaźń. Niektórzy żyją tam od urodzenia, ale dużo trafiło w zaciągach pionierów, z kilkuletnim kontraktem w kieszeni, by pozostać już na stałe. Nie znam ludzi twardszych i wytrzymalszych od tej rasy, która doskonale zaadaptowała się do ekstremalnych warunków klimatycznych. Sybirak to także szczery, uczynny i przyjazny charakter.

Zobacz zdjęcia z wyprawy na Biegun Zimna.

Biegun Zimna galeria

facebook google+ pinterest twitter youtube

©2017 Jacek Pałkiewicz