Pałkiewicz

Jacek Pałkiewicz

PolskiEnglish

Start » Ekspedycje » Biegun Zimna - część 2

Biegun Zimna II

Jacek Palkiewicz wyprawa na Biegun Zimna (Ojmiakon - Rosja)

Rok wyprawy: 1989

Część 2/5

euroazja
Biegun Zimna zdjęcia

Tak jak w każdej ważnej ekspedycji, również i tym razem starałem się ograniczyć do minimum nieprzewidziane sytuacje. Oczywiście nikt nie jest w stanie ustrzec się przed niespodziankami spowodowanymi złymi warunkami klimatycznymi, chorobą czy innymi wyższymi siłami. Ryzyko można jednak zmniejszyć, jeśli się ma oczy szeroko otwarte, jest się dobrze przygotowanym, zdoła zachować dyscyplinę i samokontrolę.

Te rozległe zauralskie obszary od zawsze podniecały moją wyobraźnię. Jednakże granice imperium rosyjskiego były dla mnie zawsze zamknięte i po raz pierwszy zetknąłem się z tym krajem dopiero w 1987 roku. W dwa lata później realizuję marzenie mojego życia. Jeszcze nie tak dawno w krainę "więzienia bez krat" jechało się z biletem w jedną stronę, dziś na szczęście podróżuje się na innych zasadach. Nasza ekspedycja nigdy nie mogła by być zrealizowana, gdyby nie pomoc Jury Sienkiewicza. Uczestnik dwóch rejsów Heyerdahla na "Ra" i "Tygrysie", prowadzi od wielu lat w telewizji popularny program przygodowy "Klub podróżników". Dzięki jego interwencji udało się przekonać kilku ludzi odpowiadających za bezpieczeństwo państwa, że czwórka cudzoziemców nie jest agentami wywiadu i że ich zagłębienie się w serce Syberii nie przyniesie nikomu żadnego zagrożenia.

Pałkiewicz Biegun Zimna 3
Pałkiewicz Biegun Zimna 4

Liczymy, że odległość, która dzieli Jakuck od Ojmiakonu, pokonamy w pięć tygodni. Kilka dni temu opuściliśmy osadę Topolinnoje i już do samej mety, to jest przez przynajmniej 600 kilometrów, nie napotkamy po drodze żadnego siedliska ludzkiego.

Każdego dnia pokonujemy średnio około pięćdziesięciu kilometrów i dobrze jest, jeśli można jechać zamarzniętym korytem rzeki, unika się bowiem wtedy nieustannych wstrząsów po nierównym zlodowaciałym terenie. Są chwile, w których wydaje się, że czysta powierzchnia lodu zamieniła się w otwartą, bez ścian, salę balową, na której niczym stepowanie roznosi się rytmiczny stukot reniferowych kopyt. "Tancerze" ślizgają się na rozłożonych nogach, próbują zachować równowagę, znaleźć jakieś oparcie, by móc kontynuować swój bieg.

W konwoju, rozdzielonym na dwie grupy, każda para reniferów jest przywiązana krótkimi linkami do sań jadących przed nimi, co zmusza wszystkie zwierzęta do zachowania tego samego rytmu. Jeśli któreś z nich zwalnia, zostaje gwałtownie szarpnięte przez sanie znajdujące się w przodzie. Taki tasiemcowy zaprzęg ułatwia bardzo jazdę, wszyscy bowiem trzymają się przetartych już kolein. Co jakiś czas któryś z reniferów potyka się i upada i jeśli nie zdąży się szybko podnieść, jest wleczony za szyję, dopóki wiadomość, przekazywana przez wiele ust, nie dotrze do pierwszego powożącego. Po każdym zatrzymaniu się są kłopoty z ruszeniem na śliskiej powierzchni. Zsiadamy, aby ułatwić start i dopiero, kiedy orszak nabiera szybkości, wskakujemy na pojazdy.

Na szczęście posiadamy doskonałą garderobę przygotowaną przez jakucki Instytut Doświadczalny. Odzież jest dokładnie taka, jakiej używa ludność tubylcza, to znaczy ze skóry renifera. Sierść tego zwierzęcia, wypełniona powietrzem, jest najlepszym materiałem, ponieważ ma doskonałe właściwości izolacyjne.

Wypoczęte renifery ruszają żywym biegiem.

Pomimo odpowiedniej odzieży już po kilku godzinach drogi pojawiają się pierwsze oznaki chłodu, później zimna. Na szczęście w tym rejonie Syberii powietrze jest bardzo suche i dlatego znacznie łatwiej człowiek znosi te temperatury. Ponadto pogoda jest zwykle bezwietrzna, ale z pojawieniem się pierwszego podmuchu tysiące igieł kłują każdy odkryty centymetr kwadratowy skóry. Przy temperaturze -50 stopni i średnio silnym wietrze, rzędu 12 metrów na sekundę, uczucie zimna na odkrytym ciele odpowiada nieprawdopodobnie niskiej temperaturze -90 stopni. Z upływem godzin coraz częściej zatrzymujemy się skostniali, z uczuciem drętwienia palców, zmniejszonym czuciem, aby potruchtać, pobić się rękami aż do chwili, gdy obieg krwi powróci do normy i rozgrzeją się nogi i ręce. Jest to również odpowiednia chwila, aby wypić kilka łyków gorącej herbaty, zapalić papierosa czy zrobić siusiu.

Jak zwykle, zatrzymujemy się około godziny 18, kiedy ostatnie promienie bladego słońca chowają się za wzgórzem. Przygotowanie obozowiska zajmuje codziennie dwie godziny i wymaga od nas, mocno już strudzonych całodniową drogą, dużo wysiłku i samozaparcia. Nicola, którego dobry humor nie opuszcza nawet w trudnych chwilach, zauważył któregoś dnia, że nawet katorżnicy, zsyłani na ciężkie roboty w Syberii, mieli z pewnością lżejsze życie. Zaczynamy od oczyszczenia ze zlodowaciałego śniegu placu, na którym rozbijemy namiot o powierzchni 4x4 metry. Dzisiaj Sława wyszykuje lekkie żerdzie na budowę szkieletu. Potrzeba ich jedenaście, aby bez użycia jakichkolwiek linek, postawić tradycyjny namiot hodowców reniferów.

Igor znalazł suche drzewo o sczerniałej korze, i po zrąbaniu ciągnie je do obozu. Tylko takie nadaje się do palenia, drewno świeże nie daje ciepła, wydziela natomiast dużo dymu. Nicola i Graziano ścinają natomiast piłą pięć zdrowych drzewek, tną je potem na czterdzieści osiem kawałków, które podwiesza do szyi naszych zwierząt. Tak zwane kalatuszki plączą im się między kolanami uniemożliwiając zbyt szybkie poruszanie się. W ten sposób mamy gwarancję, że zwolnione na całą noc dla poszukiwania porostów i mchów pod warstwą śniegu, nie oddalą się zbytnio od bazy. Niestety każdego wieczoru trzeba przygotowywać nowe kalatuszki, nie ma bowiem sensu wozić cały dzień ze sobą zbytecznego balastu.

Zobacz zdjęcia z wyprawy na Biegun Zimna.

Biegun Zimna galeria

facebook google+ pinterest twitter youtube

©2017 Jacek Pałkiewicz