Pałkiewicz

Jacek Pałkiewicz

PolskiEnglish

Start » Ekspedycje » Bezkrwawe łowy na tygrysy - część 2

Bezkrwawe łowy na tygrysa II

Bezkrwawe polowanie na tygrysy Pałkiewicza we wschodnie Rosji

Rok wyprawy: 1988

Część 2/2

euroazja

Aby zapewnić przeżycie tygrysom, w 1935 roku stworzono olbrzymi rezerwat Sichote- Aliński, co wyraźnie poprawiło sytuację. W 1959 roku było ich już ponad 100 a w ostatnich latach ich liczba ustabilizowała się i wynosi mniej więcej 250 osobników. Duży wkład w zwalczaniu kłusownictwa wniosła także powstała w 1994 roku w Chabarowsku Syberyjska Organizacja Ochrony ściśle współpracująca ze Światowym Funduszem na rzecz Dzikich Zwierząt.

Jest jeszcze zimniej niż wczoraj. Na śniadanie wypijamy po kubku parującej herbaty i zjadamy myśliwski posiłek w postaci zamarzniętej na kość stroganiny, tym razem z ryby. Pół godziny później przypinamy narty, do których od spodu przymocowana jest skóra renifera, co ma zapobiegać ześlizgiwaniu się podczas wchodzenia pod górę i ruszamy w drogę na północny zachód, w stronę domu. Decyzja była trudna, ale mamy do czynienia ze zwierzęciem zbyt przebiegłym i trudno liczyć na jego pojmanie.

Krugłow odkrywa świeże tropy. Wyczytuje z nich, ze to matka z trojgiem młodych w wieku dwóch lat, o wadze stu kilogramów. "Paszli!" - rzuca z błyskiem w oczach. Więc idziemy. Po godzinie napotykamy pozostawione na brzegu małej rzeczki resztki uczty: w kałuży krwi, która nie zdążyła jeszcze zamarznąć, leży niedojedzona sarna. Przyspieszamy kroku, wspinamy się na sopkę - małe skaliste wzniesienie, pokryte częściowo zlodowaciałym mchem i pozbawione okrywy śniegowej. Ciszę nieskalanego krajobrazu przeszywa dobiegający z doliny głośny ryk. To ona, nasza tygrysica. Nareszcie nadszedł oczekiwany moment.

Pałkiewicz bezkrwawe polowanie na tygrysy 5
Pałkiewicz bezkrwawe polowanie na tygrysy 6

Wszystkich ogarnia podniecenie. Myśliwi szybko zdejmują plecaki i narty, chwytają karabiny i przystępują do pierwszej fazy polowania, strzelając jednocześnie w powietrze. Odgłos salwy przetacza się po lesie głuchym grzmotem. "Trzeba rozproszyć rodzinkę" - wyjaśnia Walera. Idą po śladach dorosłego tygrysa, ciągle strzelając w górę, aby go jak najdalej odpędzić, następnie wracają, wybierają trop jednego z młodych i spuszczają psy.

Ofiara jest już osaczona. Czując niebezpieczeństwo opiera się o drzewo, nadstawia uszy i wpatruje się w nas dzikimi ślepiami, pomrukując przy tym groźnie. Pomimo młodego wieku, zwierzę jest niebezpieczne i z łatwością mogłoby rozprawić się nawet z moralem. Zatem przedstawia duże zagrożenie dla człowieka. W tym regionie nawet niedźwiedź brunatny może paść jego łupem.

Zapada głęboka cisza pełna napięcia. Moi przyjaciele odkładają broń i ramię w ramię, podchodzą coraz bliżej do rozjuszonej bestii, prowokując ją coraz bardziej. Każdy z nich trzyma w ręku rozwidlony kij. Dalej wszystko toczy się tak szybko, że z trudem udaje mi się śledzić przebieg wypadków. Nagłym skokiem zwierz rzuca się na Aleksandra, który wyprzedza go nadziewając jego głowę na widełki. Pozostali wykorzystują ten moment i unieruchamiają łapy zdobyczy. W ułamku sekundy Krugłow ląduje na grzbiecie tygrysa i z całej siły ciągnie go za uszy. To jedyna metoda, aby unieruchomić na kilka sekund zszokowane zwierzę. Akurat tyle czasu wystarczy, by związać mu pysk i łapy.

Mężczyźni rozładowują napięcie poklepując się z satysfakcja po ramieniu. Zapalają papierosy, po czym ktoś wyciąga nieodzowna butelkę wódki, żeby przypieczętować szczęśliwy finał. Zdobycz, dokładnie opakowana w worek z grubego płótna, zostaje umieszczona na specjalnej ramie i załadowana na plecy Saszy, najmłodszego myśliwego, dla którego były to pierwsze w życiu łowy na tygrysa.

Przed nami co najmniej 20 kilometrów lasu, śniegu, mrozu i krańcowego zmęczenia.

Myślami jestem w ciepłym zaciszu domowym, odległym stąd o ponad 10 tysięcy kilometrów, gdy zdarza się coś co przynosi mi największe emocje mojego życia. Nie mogę uwierzyć własnym oczom. Podchodzi do nas Dersu Uzała, żywcem wyjęty z epickiego filmu Kurosawy, hymnu na cześć autentycznego pierwotnego myśliwego z majestatycznej ussuryjskiej tajgi.

Wygląda na siedemdziesiąt lat, jest krepy, niedużego wzrostu.

Jak wszyscy Goldowie ma wydatne kości policzkowe, płowe wąsy i przykuwające uwagę skośne oczy. Oczy wyrażające prawość charakteru i dobroduszność. Ma przy sobie strzelbę, nóż myśliwski i ciągnie sanki z upolowanym dzikiem.

Od młodości byłem zafascynowany niezwykłą osobowością bohatera opowieści Władimira Arsjeniewa. I teraz mam przed sobą ostatniego przedstawiciela Goldów, o których istnieniu już nikt nie pamięta. Wzruszające do głębi serca spotkanie. Podczas gdy Walera częstuje "Dersu Uzałę" papierosem, podekscytowany obfotografuję go, poczym chcę zostawić mu jakiś prezent, ale odmawia. Chętnie natomiast przyjmuje torebkę soli, bo żyjąc w dzikich ostępach tajgi, która zapewnia mu przeżycie, rzadko utrzymuje kontakt ze światem zewnętrznym. Tylko od czasu do czasu prowadzi okazyjną wymianę otrzymując w zamian za futra, czy słynny żen-szeń, cukier, amunicję, odzież oraz niezbędny sprzęt domowy.

Mówi, że nazywa się Suan-ka i łamanym rosyjskim pyta o nasze plany łowieckie. I kiedy widzi worek z tygrysem, z dezaprobatą kręci głową. "Amba jest nietykalna- mówi niemalże szeptem. - Chodzi swoimi drogami, my swoimi". Z jego słów emanuje kult Amby, sakralny respekt temu władcy tajgi, dla Goldów istoty szlachetnej i nadrzędnej. Respekt dziś zupełnie nie znany świętokradcy industrialnej cywilizacji.

Suan-ka unosi rękę w pożegnalnym geście, poczym bez słowa, powolnym pewnym krokiem oddala się do swojego wielkiego domu, w surową i niebezpieczną syberyjską przyrodę.


facebook google+ pinterest twitter youtube

©2017 Jacek Pałkiewicz